Przy pierwszym dziecku zdecydowali się na bardziej stylizowaną sesję noworodkową.
W tamtym momencie to było dokładnie to, czego potrzebowali i co im się podobało. Z czasem jednak, kiedy wracali do tych zdjęć, poczuli, że brakuje im tam relacji, bliskości i zwyczajnie... prawdziwości. Rodzinnych ujęć mieli tylko kilka i dopiero po latach zobaczyli, że to właśnie do takich kadrów najczęściej chce się wracać.
Mama trafiła do mnie przez Facebooka. Napisała, że ujęły ją moje zdjęcia, bo są takie prawdziwe. Różnorodne i z emocjami, bez tej sztuczności, której wiele osób się boi. I że dokładnie tego chce dla siebie tym razem, tylko ma obawę, którą słyszę bardzo często. Że nie lubią się z aparatem i że wyjdą nienaturalnie.
Tym razem sesja odbyła się w moim studio w Bieruniu, a nie w domu klientki. To będzie dobre rozwiązanie, jeśli chcesz po prostu przyjść i mieć gotową przestrzeń, która już jest przystosowana do tworzenia zdjęć. Ja zawsze powtarzam, że do sesji domowej nie musisz robić generalnych porządków, myć okien ani wycierać kurzu z listew. Tylko że... umówmy się, większość z nas i tak nie potrafi tego odpuścić, kiedy ktoś ma przyjść do naszego domu. Zaczynamy ogarniać rzeczy, których na co dzień nawet nie zauważamy. Dokładnie dlatego sesja w moim studio bywa po prostu lżejsza dla głowy. Przyjeżdżasz i masz czas na złapanie oddechu. A dowodzenie przejmuję ja. :)
Sesja rodzinna z noworodkiem, czyli mama, tata, czterolatek i maluszek
Do studia przyjechali we czwórkę: rodzice, malutki Florian czteroletni Janek. Na początku był spokojny i trochę ostrożny, ale jednak ciekawy nowego miejsca i mnie. Nie ma w tym nic złego, że dzieci potrzebują chwili, żeby poczuć się bezpiecznie. Poświęciłam mu uwagę na samym początku i tym samym zdobyłam zaufanie, co przełożyło się na otwartość Janka i chęć jego uczestniczenia w robieniu zdjęć. Przygotowałam też dla niego koszyczek z zabawkami na moment nudy, który oczywiście w pewnym momencie przyszedł. Ale nikt nie marudził, nikt nie narzekał. Tata i Janek mogli przeglądać książeczki i rozwiązywać mój zestaw łamigłówek dla przedszkolaków. Ale najlepsze było to, co z resztą mnie zawsze rozczula najbardziej na sesjach rodzinnych, czyli okazało się, że Janek jest niesamowicie czuły wobec swojego brata Florka. I te czułości były jednymi z najpiękniejszych ujęć dla ich mamy.
Ile trwa sesja rodzinna w studio z noworodkiem?
Cała sesja trwała około półtorej godziny i mama później napisała mi, że nawet nie patrzyła na zegarek, bo czas tak miło im płynął. Przy noworodku czas płynie inaczej. Są potrzebne przerwy, trzeba nakarmić, a czasem i przebrać, a już na pewno dużo przytulać! To spokojne tempo jest dla mnie kluczem, bo ono robi dla rodziców ogromną różnicę. Nikt się nie spieszy, nikt nie czuje, że zaraz będzie koniec spotkania i że trzeba zdążyć, a potem szybko opuścić studio, bo przychodzi kolejna rodzina. Sama nie lubię pośpiechu, a już w szczególności nie przy pracy!
Po czym poznam, że atmosfera na sesji była dla rodziny komfortowa?
Po tym, że są zdziwieni, że tak szybko minął im tej czas na dobrej zabawie i byciu razem w uważności, ale też po tym, że dziecko nie może się doczekać zdjęć! Tak było tutaj, kiedy Janek wypytywał mamę codziennie, kiedy ciocia fotografka wreszcie pokaże im zdjęcia (wcale nie zwlekałam z tym, bo w ciągu tygodnia rodzina dostała ode mnie gotową galerię zdjęć do wyboru!). Była w tym czysta ciekawość i ekscytacja, a dzieci są szczere i nic nie udają. To wyczekiwanie to znak, że zrobiliśmy razem coś ważnego i znaczącego.
A kiedy przyszło do wybierania zdjęć, nie było wielkiego zastanawiania się. Rodzina od razu zdecydowała się na największy pakiet premium z mojej oferty, a do tego dorzucili jeszcze kilka ujęć ponad to, bo chcieli mieć i te bardziej oczywiste, i te totalnie codzienne, które często najszybciej trafiają do serca. Do tego zaprojektowałam dla nich album w personalizowanej oprawie. Bo oni już wiedzieli, że te zdjęcia nie mogą skończyć jako jeden z setek folderów w telefonie, gdzieś między screenami i milionem innych rzeczy. Teraz mają swoje miejsce, do wracania do tych pierwszych dni we czwórkę. Za rok, może za pięć. Na pewno wtedy, kiedy Janek będzie większy, a Florian przestanie mieścić się tacie na przedramieniu.